czwartek, 20 czerwca 2013

Rozdział 58.

- Wracamy do domu! - wrzasnął Igła, ciągnąc za sobą torbę, której chyba nie udało się zbyt dobrze spakować.
- Wracamy do Spały, Krzysiu. - poprawił go Rucek.
Wsiedliśmy do autobusu i przez większość drogi w ciszy jechaliśmy do wioski.
- Wiecie co? - zaczął Zibi. - Ja to mam ochotę się z tąd wyrwać - powiedział, a żeby dodać powagi swojemu przemyśleniu, teatralnie spojrzał w dal. Po autobusie rozeszło się chóralne "Ja też". Chłopaki zaczęli się dzielić swoimi opowieściami, jak to marzą o wakacjach na jakichś ciepłych wyspach. Jak dla mnie, to trochę to dziwne, bo przecież to siatkarze. Oni zarabiają tyle, że do miesiąc mogliby fundnąć sobie taki wyjazd.
- Maja, a ty gdzie chciałabyś wyjechać? - zapytał wkońcu Ziomek. Ja miałam trochę inne marzenia niż oni, co oczywiście poskutkowało kilkonastoma minami w stylu "O.o". Mi wystarczył domek nad jeziorem, gdzie kiedyś spędzałam wszystkie wakacje. No poprostu o niczym innym teraz nie marzyłam!

- Jesteśmy!! - krzyknęłam i pognałam do recepcji, żeby czasem nikt nie zarezerwował mojego pokoju.
- Przepraszam, ale ten pokój jest już zajęty. - powiedziała recepcjonistka z uśmiechem, który nie schodził jej z twarzy. Kurde, czy one jedyne co ćwiczą to uśmiechy i sympatyczne gadki?!
- Ale jak to "Zajęty"?! - wrzasnęłam i odwróciłam się w stronę siatkarzy. - Który!?
- Ekhem. - odchrząknęła dziewczyna. - Jeśli chciałaby pani wiedzieć... - zaczęła i spojrzała na jakąś kartkę. - W "pani" - (tutaj niestympatycznie wzięła to słowo w cudzysłów) - pokoju jest niejaki pan Wojciech Szczęsny. - po jej słowach poczułam, jak zaczyna mi się robić gorąco.
- To oni jeszcze tutaj są?! - wydarłam się.
- Oczywiście. Nasza reprezentacja będzie tutaj przez najbliższy tydzień i musimy zapewnić im jak najlepsze warunki. Przepraszamy. - gadała jak katarynka, aż chciało się przywalić w ry.. twarz.
- My też jesteśmy reprezentacją. - mruknął Karol.
- Och, doprawdy? Bardzo przepraszam. Proszę, oto kluczyki do waszych pokoi. Są na samej górze. Miłego pobytu. - powiedziała wrednie i wręczyła każdemu po kluczyku.
- Ej, jaki czadzior! Ja nigdy nie mieszkałem na strychu! Tam będą pewnie takie zarąbiste ukośne sufity! To będzie takie... jooo! - zapowietrzył się Zati.
- Albo będą nietoperze, kurz i zarwane łóżka. - jakże optymistycznie stwierdził Dziku.
- Albo nie będzie łóżek.. - westchnął Zibi.
Weszliśmy na samą górę, no i niestety, Zbychiał miał rację. Beznadzieja. Totalna beznadzieja. Pocieszenie jest takie, że to może ja miałam tylko takiego pecha i trafiłam na takie mieszkanie. Wkońcu to bardzo wiarygodne, bo babka z recepcji mnie jakoś nie polubiła.
Nagle usłyszałam krzyk z pokoju obok. Wbiegłam, żeby uratować Zatiego.
- Boże, aż tak źle?! - wrzeszczałam, kiedy tylko stanęłam w drzwiach.
- Jakie źle?! - oburzył się Paweł. - Mają tutaj te fajne sufity i nie mieszkam sam!!
- To znaczy? - zapytałam, ale po chwili pożałowałam, że to zrobiłam.
- Patrz! Tu jest pajęczyna! Czyli musi być też pająk. Nazwę go Wacław.
- A nie boisz się pająków? Jesteś pewny?
- Tak! - krzyknął i wygonił mnie z pokoju.
Położyłam się spać, ale mój sen nie potrwał długo, bo ponownie usłyszałam krzyk, teraz już troche bardziej rozpaczliwy. Jezu, dlaczego ja nie mogę mieć choć raz normalnych warunków do snu?!
- Co jest? - zapytałam zaspana. - Gdzie tu jest jakieś światło, bo nic nie widzę?
- Nie ma światła! - aha, na fakt... - Maja, zamień się pokojem! Ten pająk jest gigantyczny, a kiedy chciałem się podnieść, to uderzyłem się w głowę o ten głupi sufit!
- Przecież ty się podobno nie boisz pająków.
- Nooo, ale ten był gigantyczny! Jakiś tropikalny!
- Ale Zati.. - westchnęłam. - Takie pająki to ty znajdziesz nawet w swoim domu... - powiedziałam.
Ruszyłam ponownie do pokoju, ale nie było już nawet sensu zasypiać, bo na zegarku widniała godzina 5.54, a o 6.00 pobudka. Ubrałam się, ruszyłam do łazienki... a prawda, ja nie mam łazienki. Podreptałam na to "normaalne" piętro, gdzie przywitała mnie recepcjonistka, ale nawet nie zwróciłam na nią uwagi, tylko poszłam do wspólnej toalety. Umyłam się, odłożyłam kosmetyczkę do pokoju i ruszyłam na stołówkę. Po dziesięciu minutach byli tam też siatkarze.
- Jak się spało, Misie? - zapytałam, kiedy do pomieszczenia weszła trójka Michałów. Wszyscy podnieśli kciuk do góry, nawet na mnie nie patrząc.
- Majaaa? - zapytał Pit, wchodzący na stołówkę. - Co jedzą małe jaskółki? Ale szybko, bo zaraz wychodzę.
- A co, zamierzasz zabrać Izę do zoo? - wybuchnęłam śmiechem.
- Niee, do Mc'donalds'a. - prychnął.
- Serio nie ma lepszych miejsc w okolicach Spały?
- No chciałem ją zabrać do dmuchanego parku rozrywki, bo zawsze marzyłem, żeby utonąć w basenie z kulkami... - rozmarzył się, ale przerwał swoje rozmyślenia i powrócił do tematu. - No to co jedzą jaskółki?
- No ale czemu pytasz?! - krzyknęłam, a Pit natychmiast otworzył obie dłonie, z których wyleciało małe stworzenie. - To jest nietoperz, debilu! Nietoperz! - wrzasnęłam i padłam na ziemię.
- I co on może mi zrobić? - jęknął Nowakowski.
- One przenoszą wściekliznę! Jezu, jaki ty jesteś głupi, przez ciebie wszyscy zginiemy, bo nie mamy surowicy! Pewnie teraz woła tych swoich braci z koloni!
- To chyba spierdalamy, co nie? - zapytał Winiar i natychmiast uciekliśmy na zewnątrz. Gdy już byliśmy bezpieczni podeszłam do środkowego z miną zabójcy.
- Ja cię kiedyś zabiję, Nowakowski!!!
- Jeśli on prędzej nie zabije nas. - zauważył Dziku. Po chwili z hotelu wyszedł też Karol, który chyba był zdziwiony naszą poranną wycieczką, ale nie odezwał się na ten temat, tylko zaczął skakać z radości, że już niedługo jedziemy na mecz Legii. Łuhu, jak się cieszę.
___
Dobijamy do końca! Przestanę Was zamęczać, yeah! :D

czwartek, 13 czerwca 2013

Rodział 57.

Rano, przy śniadaniu dominował temat Pita i jego dziewczyny. Kurde no, nie mogłam znieść tego, że ten malutki (duszą oczywiście, bo ciałem to jest jakieś 30 cm większy ode mnie) Piotruś znalazł sobie kogoś, z kim będzie spędzał więcej czasu, niż z nami. To takie straszne, że aż nie mam ochoty ochrzaniać siatkarzy za ich głupie teksty... Jest ze mną źle. Bardzo źle. Pit jeszcze będzie miał wyrzuty sumienia, że mnie wplątał w jakąś depresję, czy coś. Właśnie dlatego, postanowiłam mieć na niego focha, do czasu, aż nie skończy z tą całą Izą. Jakiś taki dziwny się zrobił od... wczoraj... No, właśnie, od wczoraj.
Bez jakiegoś większego celu wpatrywałam się w stół, kiedy nagle poczułam na sobie wzrok środkowego.
- No co się gapisz, idioto?! - wydarłam się, ale nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Powiedziałam do Pita brzydkie, niedopuszczalne i niekulturalne słowo, a jego to wogóle nie ruszyło?! Nawet mnie nie upomniał?! Tak poprostu z poker face'm przesunął wzrok na kolegów?! Oddajcie mi tego starego Piotrusia! Ruszyłam powoli do pokoju, bo jakoś nie miałam humoru, żeby siedzieć z siatkarzami w stołówce. Zbyt ciasno i zbyt blisko pewnego człowieka.
Gdy weszłam do swojego mieszkania, nie bawiła mnie nawet rozmowa Olka z żoną. Uwaliłam się na łóżku i spojrzałam w sufit. Nie było mi dane długo tak sobie poleżeć, bo do pokoju wszedł Bartek.
- Wyjeżdżamy o.. - nie dokończył, bo uciszył go fizjoterapeuta. - Maja, zrobimy mu wiochę? - w jednej chwili znalazł się obok mnie i zaczął szturchać ramieniem.
- Nie. - odparłam krótko. Nie miałam kompletnie humoru, a jeszcze dzisiaj kolejny mecz. Tragedia...
- No weź! - prosił, robiąc maślane oczy. Widząc, że się ze mną nie dogada, dodał: - No dobra, sam mu zrobię wiochę, ok?
- To sobie rób. Mam to w dupie. - odpowiedziałam mu jakże sympatycznie. Ja na serio chciałam teraz siedzieć w ciszy i spokoju... Nagle poczułam, że Kurek mocno uszczypnął mnie w ramie. To nie było jakieś tam sobie uszczypnięcie. To było uszczypnięcie dwumetrowego, napakowanego faceta. Bolało. Z moich ust wydobył się głośny pisk. No nie powiem, to brzmiało dziwnie.
- Co ty robisz, do cholery?! - krzyknęłam, zamachując się, żeby dać mu w twarz, ale wtedy on delikatnie klepnął mnie w czoło, pokazując na Bieleckiego.
- ... Nie, kochanie, ma tu żadnej kobiety. Jak to, co to był za krzyk... to Bartek. - powiedział już pewniej. - On czasem ma takie zaburzenia psychiczne i zaczyna się drzeć i panikować. Rozumiesz, przemoc w rodzinie, nie miał zbyt przyjemnego dzieciństwa, to nie jego wina... - zapewnił z powagą, a mina Bartka momentalnie z banana, zamieniła się w podkowę. Wyglądało to tak komicznie, że nawet ja, obrażona na cały świat, wybuchnęłam śmiechem. Boże, oni nawet nie wiedzą, jak ja kocham te ich debilne żarty, ale oczywiście Majeczka jest zbyt dumna, aby im to powiedzieć.

O 15.30 mieliśmy być w autobusie. Wyszłam troche wcześniej, usiadłam na swoim miejscu i bezmyślnie wpatrywałam się w chodnik. Wkońcu do środka wszedł też Dziku i zaczął się kręcić. Gdy wkońcu znalazł odpowiednią pozycję wydarł się na cały samochód.
- Obczaj Pita!!! - popatrzyłam w stronę środkowego, ale po chwili pożałowałam, że to zrobiłam. Zauważyłam Piotrusia całującego się z Izą. Kurrrna, po cholere on mi to pokazał? To już nie jest ten sam, malutki Piter...
Ponownie popadłam w pewien rodzaj depresji i siedziałam obrażona na cały świat. Bus wypełniał się wielkoludami. Nareszcie, cały w skowronkach wbiegł do niego Nowakowski.
- Uff, przyszłem na czas! - krzyknął, wycierając czoło.
- Przyszedłem, Pit. - upomniałam go, a po chwili uzmysłowiłam sobie, co on właśnie powiedział. - Powiedz to jeszcze raz! - wrzasnęłam z radością.
- Ale co?
- No to, co powiedziałeś przed chwilą!
- "Co".
- Nie "Co", tylko to, co przed chwilą powiedziałeś!
- Ale ja przed chwilą powiedziałem "Co". - wzdrygnął ramionami, a ja pacnęłam się w czoło.

Wkońcu dojechaliśmy. Na meczu nic ciekawego się nie wydarzyło. Polaczki przegrali, ale przecież to tylko mecz towarzyski, więc wszyscy siatkarze mieli go w czterech literach, bo myślą tylko o Lidze Światowej, którą też oczywiście wygramy, no nie?
- A tak w sumie, to dlaczego palec serdeczny, nazywa się palcem serdecznym? Przecież to jest nieładnie, kiedy się go pokazuje... - zastanowił się Pit w drodze powrotniej, z uwagą przyglądając się swojej dłoni.
- Ten obok to serdeczny. Ten to środkowy. - powiedziałam znudzonym głosem.
- Serio?! A ja myślałem, że ten obok to wskazujący! - krzyknął, a ja strzeliłam drugiego palm face.
______
Cześć :]

środa, 5 czerwca 2013

Rozdział 56

- Ach o to chodziło! - wrzasnęłam sama do siebie. - Pietrek ma dziewczynę! - po moich słowach nastała cisza, a kiedy ta informacja dotarła do naszych tępych mózgów wybuchnęliśmy śmiechem. - Biegnę po Karola! - krzyknęłam, i wybiegłam z pokoju, a po chwili wbiegłam spowrotem, ciągnąc za rękę zdezorientowanego Kłosa.
- Co jest? - zapytał, gdy zobaczył naszą polewkę. Wskazaliśmy na okno, a zdziwiony siatkarz podszedł do niego, patrząc się na nas ze zmarszczonymi brwiami, po czym również wybuchnął śmiechem.
- Ale patrzcie jaki cwaniak, na takiego koksa poszedł. - Zibi przylepił twarz do szyby. - Ręce w kieszeniach i że niby taki hardcore.
- Robimy wiochę. - stwierdził Karol.
- Nie! Nie po to cię tu przywlekłam, żebyś demolował Piotrusiowi być może miłość jego życia. - krzyknęłam, ale moje błagania nic nie pomogły, po siatkarze już otworzyli okno.
- Piotruniuniuniusiu! Płatusie z mleczuciem gotowe! Mamusia dzwoni i pyta, czy zjadłeś pięć porcji świeżych i zdrowych warzywek! - krzyknął słodkim głosem Kłos, po czym zaczęli się turlać po podłodze.
- Ja pierdole. - skomentowałam tylko słowa Karola. Mina Pita była niewyobrażalnie złowroga. Prawie pomyślałam, że chciał nas zabić, ale przecież Piotruś nikogo by nie zabił, jest zbyt dobry.
- Jesteście okrutni, wiecie o tym? - zapytałam.
- O Boże, Maja... - jęknął Zibi. - Co my, baby jesteśmy, żeby umawiać się na kawkę i plotkować o nowej dziewczynie Pita? Nie, Maja. My jesteśmy facetami.
- Ta informacja dotarła do mojego mózgu jakiś rok temu, kiedy pierwszy raz się do mnie odezwałeś. - ziewnęłam.
- Gdyż?
- Gdyż, kiedy cię przepraszałam za cheerleaderki, powiedziałeś, że mogę ci się jakoś odwdzięczyć.
- I ty już sobie pomyślałaś, że...
- Nie, Zbyszku, ale podobno jesteś facetem i nie umawiasz się na kawę, żeby sobie...
- Facetem jestem, ale 99-procentowym. Ten jeden procent zwany zboczeniem mnie nie dotyczy. - poruszył brwiami, przerywając mi.
- Zobaczymy, zobaczymy. - spojrzałam się na niego ze złowrogim uśmiechem.
- Cwana jesteś, tak wogóle. - stwierdził. No oczywiście, że jestem cwana, czy on kiedykolwiek w to wątpił?
Po chwili do pokoju wbiegł wkurzony Pit.
- Jak ma na imię, gdzie się poznaliście, i jaki ma rozmiar. - powiedział jednym tchem Bartman.
- A podobno jesteś 99-procento..
- Zamknij się Maja. - przerwał mi szybko i popatrzył z nadzieją na Pita.
- Nazywa się Iza, poznałem ją na meczu, jak rozdawałem autografy...
- To ona jest kibicką?! - jęknął Bartek.
- Nooo! - krzyknął podekscytowany Nowakowski.
- Boże. Jaka ciota!
- Co ciota, co ciota?! - Zibi zbeształ Kurka. - Może powiedz, że byś nie brał. - po tych słowach spojrzał się na mnie i zatkał mi usta, zanim zdążyłam się odezwać.
Reszty rozmowy nie słyszałam, bo wyszłam z pokoju. Było już około 2.00, więc Olo mógł mnie za chwilę nie wpuścić.

(następnego dnia rano, śniadanie)

- Maja, czaj co mam! - wrzeszczał Karol na całą stołówkę. Kiedy już poprzepychał się przez stoły i siatkarzy zaczął wymachiwać mi przed oczyma dwoma kartkami. - Wiesz, co to jest?! Czy ty wiesz, co to jest?! - darł się jak jakiś ogłupiały.
- Bilety. - powiedziałam bez emocji.
- Jak ty możesz tak poprostu powiedzieć "bilety"? - spojrzał się na mnie z wyrzutem. - Wiesz, na co to są bilety?!?!
- Na Legię zapewne.
- No właśnie!!
- Łał. - podsumowałam.
- No jakie "łał"?! Kobieto, do 5.00 rano siedziałem na laptopie, żeby je zdobyć!!
- Pewnie i tak na końcu wyżuliłeś. - wzdrygnęłam ramionami.
- Wcale nie. - oburzył się.
- Jak to nie, przecież mówiłeś, że jakieś laski ci je dały. - wtrącił się Wronka, po czym dostał mocnego kopa w cztery litery. Takim oto sposobem, byłam skazana na oglądanie meczu Legii, w towarzystwie wrzeszczącej hotki - Karola. Już widzę te piski i bieganie po autografy. Sweet'aśnie.
Ale teraz w stołówce krążył inny temat. Mianowicie Pit i ta cała Iza.
- Maja, a ty co taka cicha w temacie dziewczyny Piotrusia? - szturchnął mnie Dziku. - Zazdrosna? - wybuchnęli śmiechem. W sumie, to nie wiem, czemu, ale ta cała Iza mi nie pasowała. Nie do Pitera... Bo czy do niego wogóle pasuje jakaś dziewczyna? Do tego mojego małego Piotrusia? Czyżby zaczął dorastać?
_____
Krótki w cholerę, ale chcę już dobić do końca, bo mam zaplanowaną dobrą końcówkę :D
Potem w pełni zajmę się drugim blogiem (-Skąd masz taką fajną koszulkę? - A Plus mi dał). Mam nadzieję, że kogoś to zaciekawi, mimo, że nie będzie tak zabawny (chyba) jak ten. A jeśli nikomu się nie spodoba, pomyślę nad innym :D

czwartek, 30 maja 2013

Rozdział 55.

- 17 minut spóźnienia! JA mam 17 minut spóźnienia! Co powiedzą  ludzie z FIVB jak się o tym dowiedzą?! - panikował Anastasi, kiedy tylko wbiegliśmy do szatni. No przecież to nie moja wina, że Zati i Pit rzucali się naszym kluczem, który wkońcu wylądował w dwumetrowej trawie...
- Ale trenerze, pan się nie denerwuje, przecież mamy jeszcze ... 4 minuty. - wyszczerzył się Igła, patrząc na zegarek.
- A mogłem siedzieć we Włoszech. Byłbym teraz szanowanym trenerem dobrej, kulturalnej i PUNKTUALNEJ drużyny... - dokładnie zaznaczył to słowo.
- Ej, on do nas pije? - zdziwił sie Zibi. - My to niby nie jesteśmy kulturalni? - zapytał, głośno żując gumę, otwierając przy tym usta. Wszyscy popatrzyli na niego z politowaniem.
- Nie, nie jesteście. - stwierdził z obrzydzeniem.

- Co on kurna myśli, że my jesteśmy jak ci Włosi? Że jemy tylko makaron, i pijemy wytworne wino?! - darł się Bartek, kiedy Andrea wyszedł z szatni. - My jesteśmy w Polsce, tutaj żremy ziemniaki i popijamy je piwem, a kiedy już trafi nam się jakiś makaron to konsumujemy go jak świnie, a win to nawet nie odróżniamy! - powiedział, szukając wsparcia w naszych oczach. Niestety, nie znalazł go. - No co, nie jest tak?!
- Chyba zmienią wam trenera na Polaka... - poklepałam go po ramieniu i wyszłam na halę, żeby zająć swoje miejsce.
W sumie nie wiem, jak szło Złotoryjcom na meczu, bo całe spotkanie przegadałam z Karolem, który na (nie)szczęście nie grał. Nie powiem, żeby była to jakoś wielce sympatyczna rozmowa...
- Maja, czy my wogóle jesteśmy razem? - wypalił nagle.
- No tak.. Chyba. - dodałam po chwili, widząc jego minę.
- Jesteś pewna, że to co nas łączy jest prawdziwe? - zapytał z niedowierzeniem.
- Nie wiem. Wiem, że tak jest dobrze, przynajmniej dla mnie.
- Czyli nie jesteśmy parą?
- Karol... - jęknęłam. W sumie sama nie wiedziałam, jak można nazwać to uczucie. To chyba nie była jakaś wielka miłość, ale na pewno to uczucie było większe, niż zwykła przyjaźń.
- Nie no dobra. Tak w sumie to mi chyba też odpowiada taka sytuacja, jaka jest teraz. - powiedział, a potem siedzieliśmy już w ciszy, do czasu, aż obok nas nie pojawił się Igła.
- Co gołąbki? - zapytał.
- No właśnie nie gołąbki. - mruknęłam i oparłam się na łokciach. Teraz oboje z Kłosem byliśmy w tej samej pozycji.
- Jaki macie problem? Wujek Krzysiek jest dobry w sprawach damsko-męskich. - wyszczerzył się, ale nie zamierzaliśmy mu odpowiedzieć. - No nie mówcie, że zerwaliście!
- Jeszcze nie. - odpowiedzieliśmy równocześnie.
- No bo co?! Bo ze sobą nie śpicie?! - oburzył się. - Przecież wy jesteście do siebie stworzeni! Wy musicie być razem, no! - wrzeszczał na całą halę, co słyszęli wszyscy kibice. A niech mają podnietę, że znają dramaty miłosne Karola Kłosa... - Wy musicie być ze sobą do końca! A za pare lat będzie jak w tej piosence: - odchrząknął i przygotował się do śpiewania.
- Nie rób tego, Igła, nie waż się! - krzyknęłam, ale było już za późno.
- Czy dasz radę kochać, mimo, że ja, nie umiem już sam, bez ciebie wstaaać? - wydarł się na cały głos.
- Igła, chyba właśnie skompromitowałeś się przed tysiącami ludzi... - stwierdziłam.
- Wcale nie? To jest filozoficzna piosenka o starym małżeństwie. O takich was za pare lat.
- Nie. To nie jest piosenka o starym małżeństwie. - skrzywiłam się.
- Co wy tam wiecie o piosenkach... - prychnął, a naszą konwersację przewał sygnał oznaczający, że któryś z trenerów poprosił o przerwę. Rozdałam chłopakom ręczniki i napoje, po czym ponownie opadłam na krześle.

Ostatecznie nasi wygrali mecz 3:1. Weszliśmy do jakiegoś śmiesznego, małego autobusu, bo podobno serbski autobus się zepsuł, no a przecież gości trzeba dobrze ugościć, dlatego nasza wspaniałomyślna reprezentacja Polski ofiarowała im swój piękny i duży autobus, przez co musięliśmy jechać w jakimś małym busiku.
- Siadajcie w trzech! - wrzasnął Andrea, który wygodnie usadowił swoją torbę i bluzę na siedzeniu obok.
Powędrowałam do Karola, ale gdy tylko doszłam do jego fotela zobaczyłam obok niego Wronę i Zatorskiego.
- Paweł, wyjdź. - rozkazałam, ale Pawełek przy Andrzeju przestaje być posłusznym dzieciakiem. Nie to nie, bez łaski, Majeczka sobie poradzi. Foch. Zmierzyłam całą trójkę wzrokiem i ruszyłam w stronę Zibiego i Dzika, który siedzieli w dwójkę.
- Misiu kochany, wpuścisz mnie? - zwróciłam się do Kubiaka.
- Słyszałem to! - wrzasnął Kłos, a z moich ust wydobyło się tylko ciche "No i dobrze".
- Jasne, wchodź, tak będzie raźniej, co nie Zbyszek? - wyszczerzył się w stronę Bartmana.
- Kubiak masz przejebane! - ponownie wydarł się Karol.

- Zimno troche, co nie?! - krzyknęłam tak, aby usłyszał to Wąski. Natychmiast zerwał się z krzesła, ściągając z siebie bluzę, ale (nie)stety wyprzedził go Zibi.
- Trzymaj! - podał mi kurtkę. Założyłam ją na siebie i przez 10 minut jazdy musiałam mieć na sobie spocony i mokry ciuch. Ech, zemsta wymaga poświęceń...
Weszłam do pokoju, w którym siedział już Olek. Chyba skończył gadać przez telefon z żoną, bo był jakiś taki spłoszony. Nagle na korytarzu usłyszałam dzikie śmiechy.
- Co jest?! - zapytałam, wystawiając głowę za drzwi. Zobaczyłam Bartka i Zibiego tarzających się po podłodze.
- No bo... - zaczął Kurek, ale nie skończył, bo naszła go kolejna fala śmiechu. - No bo Pit... - fala zalewa Tytanica... - No bo on! - teraz to już Tytanic jest na dnie. (czyt. Bartek leży na podłodze i się zapowietrza). - No ja nie mogę tego powiedzieć, bo jak o tym myśle, to zaczynam się śmiać! - poskarżył się i pobiegł razem ze Zbychem do okna. - No chodź, to zobaczysz! - krzyknął i kiedy podszedł do okna ponownie zaczął się ryć.
_____
Wiem, że jesteście na mnie źli, obrażeni i wgl strajkujecie i nie komentujecie. Rozumiem! Przepraszam, że tak rzadko dodaję te rozdziały, ale muszę poprawiać strasznie dużo sprawidzianów, żeby moja średnia jakoś wyglądała.
Kolejnego rozdziału spodziewajcie się w przyszły piątek ;c
Przepraszam! :'(

czwartek, 23 maja 2013

Rozdział 54

Rano wstałam około 8.00 i natychmiast ruszyłam na stołówkę, gdzie siedziało już pół reprezentacji.
- Dlaczego mi nikt kurna nie powiedział, że trening jest później?! - wydarł się Zibi. Andrea rozejrzał się po pomieszczeniu.
- No przecież powiedziałem Olkowi, żeby wam przekazał.
- No a ja powiedziałem Majce. - prychnął Bielecki. No pewnie, jak źle to najlepiej na Majeczke...
- Ja byłam u Karola i Andrzeja. - wzdrygnęłam ramionami, a wzrok wszystkich powędrował teraz na obu siatkarzy, którzy jako jedyni przyszli wyspani.
- Cepy powalone. Czemu mi nie pwoiedzieliście? - jęknął Bartman.
- Mówię ci to teraz, Zbyszku. - wyszczerzył się Wrona.
- Ach, dziękuję. - sztucznie uśmiechnął się atakujący.
Karol dźgnął mnie swoim długim palcem w żebro.
- A wiesz, że wcale nie mówiłaś, że mamy to przekazać dalej?
- Ciii - poklepałam go po ramieniu.
- Wisisz mi coś za to. - mrugnął okiem.
- Cooo?! - wydarł się Igła, który jak się okazało, stał obok nas i wsłuchiwał się w rozmowę.
- Nie Krzysiu, nie o to chodzi. - przewrócił oczami Kłos, ale Ignaczak już go nie słuchał, tylko latał po hali, oznajmniając wszystkim, jaki to on jest genialny, gdyż właśnie wpadł na to, że liczba 69 jednak jest inna niż wszystkie.
- Chodziło mi raczej o mecz Legii. - sprostował Karol.
- I wszystko prysło. - zasmucił sie Winiar. - Dlaczego moja radocha musiała trwać zaledwie 137 sekund? Jesteś okropny...

Siatkarze, po śniadaniu ruszyli na trening, po którym wrócili na obiad, potem znowu trening i chwila wolnego. Włączyłam sobie jakiś program przyrodniczy. No co?! Film dokumentalny o surykatkach jest spoko, nieuki.
- Nie, ja tego nie będę oglądał. - stwierdził Olo i wyszedł z pokoju, dodając jeszcze przed zamknięciem drzwi : - Idę obejrzeć jakiś męski film ze Zbychem.
- Ze Zbychem? - wybuchnęłam śmiechem. - Przecież on swojego Bobka wozi w różowej torbie. Serio myślisz, że to męskie?
- Ty się nie znasz.

- O, cześć! - wrzasnął mi do ucha Pit, za którym do pokoju wszedł Zati. - Oglądasz ten zajebisty film o surykatkach? Posuń się! - krzyknął i razem z Pawłem rozsiedli się na moim łóżku.
. . .
- Ej, a dlaczego ta surykatka na nią naskoczyła? - skrzywił się PeZet. Że też mi jest dane tłumaczyć temu człowiekowi, co to znaczy okres godowy u ssaków. Dlaczego, no?!
- No wiesz, Paweł... - zaczęłam. - No bo zwierzęta tak sobie okazują uczucia, rozumiesz.. - spojrzałam na libero błagalną miną.
- Ja nie rozumiem. - udzielił sie Pit.
- Jaki ty jesteś tępy! - zbeształ go Zatorski. - przecież mi nie chodzi o to, co to jest okres godowy, tylko dlaczego on naskoczył na swojego brata!
- Skąd wiesz, że to jego brat? - zdziwiłam się.
- No bo to jest 27 odcinek?
- Ej, a oni nie powiedzieli, że to jego siostra? - przeraził się Nowakowski.
- Nie wiem, może. - wzdrygnęłam ramionami.
- Ty się wogóle tym nie przejęłaś?! Przecież z tego związku wyjdą jakieś zmodyfikowane surykatki! Z dwoma głowami, ośmioma rękoma i bez oczu! - wrzasnął, po czym zasłonił oczy.
- Daj spokój, przecież nie pokażą tu takich drastycznych scen. - poklepałam go po ramieniu.

- Tymczasem samica przygotowuje się do wydania na świat potomstwa. - usłyszeliśmy z telewizji, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie wyrzucić Piotrka z pokoju.
- O Boże, już widzę dwie głowy! Maja, wyłącz to, Maja, słyszysz?! No błagam cię, ta surykatka ma dwie głowy, widzisz je?! - darł się, motając równocześnie na dywanie. - Powiedzcie mi, jak już zmienią na inną scenę. - powiedział i zasłonił oczy ręką.
- Pit, to były dwie surykatki, a nie jedna dwugłowa. - jęknął z politowaniem Zati.
Postanowiłam wyjść z tego pokoju. Powędrowałam do Zibiego, żeby zobaczyć ten "męski" film. Zapukałam do drzwi i wybuchnęłam śmiechem.
- To jest ten wasz męski film?! Top Model?!
- No taaak. - skrzywił się Bielecki. - Przecież facet musi sobie czasem... - nie dokończył, bo zadzwoniła mu komórka. - Cześć skarbie. No oczywiście, że się przeprowadziłem. U Zibiego teraz mieszkam. Oglądamy sobie film. Co? No jak to co oglądamy... No ten, no.. film przyrodniczy. Zbyszek uwielbia tygrysy i pantery. No oczywiście, że mówię o zwierzętach, a o czym mam niby mówić. Tak, ja ciebie też, pa. - powiedział i spojrzał się na nas mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Nas na szczęście wcale nie zmroziło. No może taki lekki wiaterek, ale za bardzo byłam pogrążona w śmiechu, żeby cokolwiek mnie zabiło.
- Skonćzyłem! - wrzasnął Pit, który wbiegł do pokoju.
- To spłucz, bo śmierdzi! - odpyskował Zibi, po czym ponownie wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem.
Nasz napad głupawki przerwał Andrea, który kulturalnie wszedł i poinformował, iż za piętnaście minut mamy zjawić się przed hotelem, gotowi do wyjazdu na mecz. No to wypadałoby się spakować, co nie?
Wróciłam do mojego małego mieszkanka, a raczej chciałam tam wrócić, ale niestety nie posiadałam jakże ważnego przedmiotu o nazwie klucz.
- Olo, gdzie wpierdzieliłeś klucz?! - wydarłam się na cały ośrodek.
- Przecież ja wyszedłem z pokoju wcześniej, niż ty. - wzdrygnął ramionami.
- Ale ja wyszłam, i nie zamknęłam, bo tam siedział jeszcze Pit i Zati. - po moich słowach oboje popatrzyliśmy na siebie z przerażeniem.
- Nowakowski! - krzyknęliśmy.
- Ta jest! - stanął na baczność tuż przed nami.
- Gdzie masz klucz?
- Jaki klucz?
- No od tego tu właśnie pokoju. - pokazałam na drzwi.
- Eee, Zati! - zawołał kolegę, który wybiegł rozbawiony z pomieszczenia obok. - Wiesz, gdzie jest ich klucz?
- Ups. - udzieliło sie Pawłowi. - Bo możliwe, że ten niepotrzebny nikomu przedmiot, którym rzucaliśmy się na balkonie, to mógłbyś on...
- Co robiliście?!
- No rzucaliśmy się.
- Gdzie?!
- Na balkonie.
- Czym?!
- Kluczem.
- Ja was zabije. Idź i go szukaj! - pokazałam im na schrody, a ci natychmiast ruszyli szukać klucza w dość wysokiej trawie. Albo inaczej. Bardzo wysokiem trawie. Szczerze, to nie wiem, kiedy oni to ostatnim razem kosili.
___________
Wielki powrót!
Nie mam pojęcia, kiedy będzie kolejny rozdział :D

Ps. https://twitter.com/Pati_Volley < - mój twitter, gdyby ktoś chciał ;) <tak, już się udzielam, bardzo.>

niedziela, 19 maja 2013

Rozdział 53.

- Siemka, siemka. - do pokoju wbiegł Igła, wygodnie rozkładając się na jednym z łóżek do masażu.
- Tak się składa, że to akurat łóżko Olka, także... - zaczęłam, a Krzysiek natychmiast z niego zbiegł.
- O, to mam taki chytry plan. - zaśmiał się złowieszczo.
- No. - powiedziałam znudzonym głosem.
- Reszta przyjdzie, i położy się na to łóżko, ale my im nie powiemy, że to łóżko Olka i oni się nabiorą, i będą masowani przez niego! - krzyknął podekscytowany.
- Geniusz. Tylko wiesz co, Igiełko? Tutaj jest napisane "Olo" , a tutaj "Majka". Wiesz, wystarczyłoby pozyskać tą trudną sztukę czytania i to wszystko.
- No przecież wiem, co tu jest napisane? - prychnął. - Ja tylko poprostu myślę, że oni są na tyle głupi, że tego nie zobaczą. - po jego słowach do pokoju wbiegli siatkarze, ustawiając się obok mojego łóżka do masażu.
- Mhm.. - mruknęłam do Igły.

- Ej no, ile można czekać?! - wydarł się Krzysiek, kiedy od jakiejś godziny czekał na swoją kolej.
- No bo jakbyś skorzystał z tego, że byłeś pierwszy i ustawił się na początku kolejki to byłoby dobrze. A że ustawiłeś się na samym końcu to teraz giń z nudy. - wzdrygnął ramionami Zibi.
- Idę po kamerę, nie mam zamiaru siedzieć z takimi beztalenciami jak wy. - powiedział, po czym wyszedł z pokoju, mrucząc jeszcze pod nosem. - Gdzie ja wogóle skończyłem?! A mogłem zostać jakimś dobrym kamerzystą, wyjechać za granice i kręcić jakieś zajebiste filmy. A tak to siedzę z tymi cepami na jakiejś wsi, gdzie trzeba wchodzić na stoły, żeby złapać zasięg... - kiedy skończył to mówić, był już ponownie w moim pokoju, już z włączoną kamerą.
- Bartek, dlaczego uciekasz od Ruskich? - zapytał, chodząc po pomieszczeniu.
- Bo nie mają Monte! - wtrącił się Pit, tarzając się ze śmiechu.
- To było słabe, Piter... - stwierdził Zati, no a jeśli Zati stwierdzi, że coś było słabe to raczej musi takie być.
- Winiar, a ty czemu idziesz do Ruskich, skoro Bartek ucieka?
- Bo tam lecą szybciej z odcinkami "Mody na sukces"! - ponownie krzyknął Piotruś.
- No Pit! - wrzasnęliśmy wszyscy.
- Zamknijcie mu twarz, bo sam mu ją zamknę. - powiedział przynudzony Igła.
- PeZet, słyszysz? Zamknij mu twarz. - Bartek szturchnął Pawła w ramie.
- Co ja?! - oburzył się młody libero.
- No przecież ja mu nie dotknę jego gęby. Nie wiadomo co on tym jadł.

Po krótkiej wymianie zdań doszli do tego, że to jednak Kurek będzie "trzymał mu twarz", bo Zator się do tego nie nadaje.
- Karol, a tu czemu zostajesz w Bełchatowie?
- Bo Maja nie miałaby gdzie spać! - krzyknął Nowakowski.
- Siurak! - wrzasnął Ignaczak.
- No co?! Oślinił mnie!
- Fuj. - udzieliło się Ruckowi... Chwila, chwila... Czy ja z tym człowiekiem kiedyś zamieniłam chociaż jedno zdanie?
- Michałku, jak tam twoje mięśnie? Żyją? - powiedziałam jak najsłodszym głosem, a po chwili kilkanaście par oczu wgapiało się we mnie, jakbym była nienormalna.
- Raczej żyją. - spojrzał się na mnie z wielkimi ślepiami.

Kiedy już wszystko skończyłam, wszyscy wrócili do swoich pokoi. Wtedy też obudził się Olo.
- Poszli już? Tak szybko?
- Siedzieli tu 5 godzin. - odpowiedziałam.
- Aha. - powiedział nieco speszony, a po chwili dodał : - a bo ja zapomniałem im powiedzieć... - przerwał i spojrzał się na mnie wymownie.
- No, co mam zrobić? - zapytałam zrezygnowana.
- No bo Andrea powiedział, żebym ja im powiedział, że jutro trening mamy później. - wyszczerzył się.
Postanowiłam ruszyć do pokoju Karola i Zatiego. Cegła mnie to obchodzi, czy przekażą dalej. W piżamie i puszystych kapciach wędrowałam przez korytarz, modląc się, żeby nikt tylko akurat nie wyszedł. Kiedy dobiłam do drzwi siatkarzy odwaliłam krótki taniec zwycięstwa, odśpiewałam "Simply the best", "We are the champion" i weszłam do pokoju.
- Zator, powiedz Karolowi i reszcie, że jutro trening jest później. Nie wiem o której, ale później. - pwoiedziałam, kiedy tylko uchyliłam drzwi, bo wiedziałam, że Kłos jako pierwszy siedzi w łazience. Ku mojemu zdziwnieniu w pokoju wcale nie siedział Paweł. Powiem więcej : siedział Wrona.
- Co ty zrobiłeś Pawełkowi?! - wrzasnęłam.
- Śpi z Pitem. Fajna piżama tak wogóle. - powiedział, ledwo powstrzymując się od śmiechu. Nie rozumiem, co jest śmiesznego w różowej piżamie z Kubusiem Puchatkiem?
- Skoro Pit śpi z Zatim, to z kim śpi Bartek?
- Z Jarskim podobno.
- No to Kosa?!
- Z Ziomkiem.
- A Igła!? - pisnęłam zrezygnowana.
- No co ja kurde jestem, pokojówka?! - po jego słowach, z łazienki wyszedł Karol.
- Co jest? - zapytał, kiedy zauważył, że oboje się na niego patrzymy.
- Niezła piżama! - krzyknęłam, po czym oboje z Andrzejem wybuchnęliśmy śmiechem.
- I kto to mówi? - uniósł brew. Moim skromnym zdaniem, piżama z Kubusiem Puchatkiem jest jednak mniej obciachowa niż cała w samochodzikach... No dobra! Obie są obciachowe.

Kiedy opanowałam się ze śmiechu, powiedziałam jeszcze Karolowi o jutrzejszym treningu, po czym wyszłam. Moim skromnym zdaniem, raczej reszta reprezentacji się o tym nie dowie, ale jeśli wstaną trochę wcześniej, to nic im się nie stanie.
- ... no cześć kochanie... - kiedy weszłam do pokoju, Bielecki stał na krześle, łapiąc zasięg i rozmawiał ze swoją żoną. - ... tak, wyprałem te skarpety. Tak. No jak to z kim? Z drugim fizjoterapeutą. Znaczy fizjoterapeutką. Ale nie, ona ma 20 lat, to nie mój typ. Ale jak to mam się przeprowadzić? A.. no dobra, pa. - urwał i spojrzał się na mnie wzrokiem "Dlaczego ty jesteś kobietą?".

Kiedy już kładłam się spać, do pokoju wszedł jeszcze Anastasi. Nie wspomnę już o tym, że nieświadomie ochrzaniłam go, mówiąc, że jak o tej porze można walić ludziom do drzwi. Ale tego nie było, to wycięliśmy, zapominamy, koniec.
- Powiedziałaś wszystkim? - zapytał zasłaniając sobie usta, zabezpieczając się równocześnie przed wybuchem śmiechu.
- A z czego się pan śmieje? - zapytałam, a on odpowiedział mi pokazując palcem na moją piżamę. Z kim ja żyję, co?!
______
Teraz zbieram ochrzany za to, że tak długo musieliście czekać :D

Ps. Tak trochę się zawiodłam, bo mieliście ponad tydzień na komentowanie, a liczba komentarzy w poprzednim rozdziale nie jest zachwycająca ; c A tak chcieliście, żebym nie kończyła :c

środa, 15 maja 2013

Rozdział 52.

- Mogę wiedzieć, jakim cudem w autobusie dla całej reprezentacji nie ma miejsca dla fizjoterapeuty? - zapytałam wkurzona, bo od 10 minut stałam jak głupia na środku wąskiego korytarzyka.
- O co ci chodzi?! A gdzie ja mam położyć moją nowiutką torbę? - prychnął Zibi, przytulając do siebie przedmiot.
- Yyy, w bagażniku?
- No ty chyba głupia jesteś! Jeszcze mi ktoś porwie!
- No pewnie, bo wszyscy ślinią się na twoją torbę, w której masz spocony ręcznik i gatki.
- Masz coś do mnie?
- Nie.. myślałam, że urodziny już miałeś, sorry. - złożyłam usta w dziubek. Uwielbiałam się z nim tak droczyć, chociaż teraz pewnie nie był na to najlepszy czas, bo z sekundy na sekunde moje nogi stawały się coraz bardziej niestabilne. Zwłaszcza, że dzięki naszym polskim drogom podskakiwałam na każdej, choćby najmniejszej dziurce.
- Pit, wyjdź. - rozkazałam Nowakowskiemu, który wygodnie leżał na czwórce.
- Kto pierwszy, ten lepszy! - odpyskował.
- Cięta, Piotruś, nie ma co! - krzyknął Bartek, a ja zrezygnowana podeszłam do Kłosa.
- Karol, nawet ty? - jęknęłam.
- Co ja? Przecież ja nie leżę na fotelu, ani nie kładę na nim swojej torby.
- Ale jednak mimo wszystko zajmujesz dwa fotele. - założyłam ręce na biodrach w oczekiwaniu, aż mój wybranek raczy się posunąć. Takiego tempa to ja jeszcze nie widziałam... Nie wiem jak on skacze do bloku z taką szybkością ninja...
- Dziękuję! - wydarłam się na pół autobusu, a po chwili usłyszałam z głośników głośną muzykę. (jeżeli disco polo można nazwać muzyką) - Winiar, błagaam! - jęknęłam, ale nikt chyba tego nie usłyszał.
- Wiecie co właśnie odkryłem? - zapytał się Karol, podnosząc się nagle z fotela.
- Że Spodek wygląda jak statek kosmitów?! Wiem, też to właśnie odkryłem... - rozmarzył się Pit.
- Yyy, nie? Jeszcze jacyś chętni do posłuchania mojego odkrycia? - popatrzył po autobusie, ale większość była już pogrążona w imprezie, a ta druga większość siedziała na Twitterach, Facebookach (no i w przypadku Zatiego na Gry.pl). - Maja, mogłabyś powiedzieć, że chętnie posłuchasz... - spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Słucham. - mruknęłam.
- Bo mi się teraz przypomniało, że przecież my musimy wjechać po Andrzeja, no bo on miał wolne i mi napisał, żebyśmy po niego wjechali, jak będziemy w drodze na mecz z Serbią, także...
- A to tak można?
- Chyba raczej napewno nie.
- No to dlaczego on może?
- No nie wiem, no!
- A nie wziąłeś pod uwagę tego, że my mamy wogóle nie po drodze?
- No ale on tak ładnie prosił, to co mu miałem powiedzieć?!
- No dobra, jak tam chcesz. Powodzenia. - powiedziałam, klepiąc go po ramieniu i przepuszczając, żeby poszedł do kierowcy. Autobus aż się zatrzymał, po czym usłyszałam glośną rozmowę, którą zagłuszała muzyka z Bumboxa. Po chwili wrócił z miną zbitego psa.
- Ja takiego opierdzielu to nie dostałem od 6 klasy podstawówki.

Po pięciu godzinach nadrabiania drogi dojechaliśmy do Bydgoszczy, bo Wrona nie raczył choćby podjechać pociągiem ciut bliżej. Wlazł do autobusu, świgając swoimi bagażami na wszystkie strony, przez co dostałam także i ja.
- Ała! Uważaj cepie z*ebany! - żeby nie było, ja ogólnie to jestem bardzo miła i sympatyczna, ale żeby jechać po Wronkę do Bydgoszczy, która jest zupełnie nie po drodze, to już jest przesada.
- Niezłe ziółko sobie wybrałeś, Karol. - zaśmiał się. Przez kolejne 6 godzin sterczał przy mnie, bo chciał sobie pogawędzić z Kłosem. Było mi strasznie duszno, ciemno i ciasno. Mało brakowało i komuś bym przywaliła, ale na szczęście dojechaliśmy. Przed hotelem stali już siatkarze z Serbii. Tak na marginesie, to co za debil wpuszcza do jednego hotelu siatkarzy z Serbii i Polski? Przecież mogliby się pobić (gdyby byli np. piłkarzami). No, wiem, że nie są piłkarzami, ale po mocnej imprezce nie wiadomo co im do łba strzeli.
Pierwszy przywitał się Cupko, no a któżby inny?
- Mówię ci hello, a potem goodbye! - zaśpiewał, jak to miał w zwyczaju.
- Oo, lekcje polskiego w bełchatowskiej szkole jednak nie szły na marne!
- What? - skrzywił się, patrząc na mnie, jakbym to zdanie napisała mu chińskimi znaczkami. Trzepnęłam się tylko w czoło i ruszyłam do hotelu. Otrzymałam kluczyk numer 69. Dobry numer, nie ma co!

- Mogę wiedzieć, co ty tu robisz? - zapytałam, wchodząc do pokoju, w którym Olo rozpakowywał już swoje bagaże. Pokój numer 69, w którym mieszkam z Recydywistą. Mam się śmiać, czy płakać?
- No nie moja wina, że dawali podwójne pokoje, a że oboje jesteśmy fizjoterapeutami to mieszkamy razem. - wzdrygnął ramionami, po czym do pomieszczenia wbiegł Karol.
- Czy ja nie wiem czegoś, co powinienem wiedzieć? - zmarszczył brwi.
- Pytasz się, czy nie wiesz czegoś, co POWINIENEŚ wiedzieć, więc... nie, nie ma niczego takiego. - powiedziałam, po dłuższym zastanowieniu.
- No bardzo śmieszne, bardzo. Andrea kazał ci przekazać, że jesteśmy cioty, i...
- Idę mu przybić piątkę, bo ja to już od dawna tak uważałam! - krzyknęłam, a Bielecki wybuchnął śmiechem.
- Słuchasz mnie, czy nie? - splótł ręce na klatce piersiowej.
- Już. - powiedziałam, kiedy przestałam się śmiać.
- Masz nas wszystkich doprowadzić do porządku, bo Andrea twierdzi, że przez siedzenie w autobusie jesteśmy nieporozciągani i od ciebie zależą nasze losy na jutrzejszym treningu. - powiedział i wyszedł, ale po chwili wszedł ponownie. - Wiesz, że macie numerek 69? - parsknął. - W takim razie, to mogę ostatni przyjść na ten zabieg. - zaśmiał się i wybiegł z pokoju.
______
O kutfa, tak ciężko to mi się chyba jeszcze nigdy nie pisało :D
Powodzenia w czytaniu :]

Ps. Mam taki plan, żeby przestać zaśmiecać stronę na Fb informacjami, że pojawił się nowy, więc jeśli chcecie być na bieżąco, to albo zacznijcie obserwować, albo zostawcie swój nr. gg w zakładce "Bądź na bieżąco", czy coś takiego ;)

Trzymka! : 3